© Ragnar Knittel: wieczor

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

Cwancig mark

(xan) Na przejściu granicznym we Frankfurcie są różne kolejki. Jedna dla pieszych, która przesuwa się szybko, ale też szybko rośnie. Druga dla samochodów, zazwyczaj długa i męcząca. Będąc studentem Viadriny albo agentem służb specjalnych można omijać kolejkę, aby szybko przejść z kraju do kraju. Najbardziej bezpiecznym i skutecznym sposobem była jednak dotąd jazda rowerem. Rowerzyści bez względu na pochodzenie lub zawód korzystają z niepisanego prawa, mogą się bezkarnie wcisnąć tuż za kontrolowany właśnie samochód. Tak też zrobił pewien słubicki pijaczek, wracając z przeglądu frankfurckich śmietników. Za nim srebrzysty BMW z zachodnich landów. Najpierw szybka kontrola niemiecka, potem polska. Tutaj pijaczka znają i puszczają bez problemu. Tylko celnicy wołają go do siebie - też go zresztą dobrze znają. W tym momencie srebrzyste BMW nieszczęśliwie przesuwa się do przodu. Słychać lekki trzask. Polak odwraca się, podnosi plastikową pokrywkę tylnej lampki, patrzy szwabowi prosto w twarz i krzyczy na całe przejście: ŇCwancig Mark, ty idioto jeden, czy ty nie mosz oczów w głowie, co za cholera jednaÓ. Na przejściu konsternacja. Bohater nadal macha lampką i krzyczy: "Cwanzig markÓ. Całe jego ciało wyraża wielką groźbę. Podchodzi do Niemca i jeszcze raz wyjaśnia na cały głos, czego pragnie. Kierowca, w szoku, po krótkim, ale dla niego pewnie trwającym wieczność, szukaniu portfela wreszcie wydobywa z niego banknot i daje rowerzyście. I jedzie do Polski. Serdecznie witamy!

Tekst ukazał się 18.6.2001 w Gazecie Wyborczej.