© Ragnar Knittel: wieczor

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

Leniwa niedziela

Ósma nad ranem. Gołębie gruchają na dachu Hotelu Europa, zaraz przy moście, który łączy Słubice i Frankfurt. Przed granicą kolejka. Dziesiątki taksówkarzy czeka na klientów. Za granicą kolejka. Niemieccy turyści bazarowi rano wstali, aby być pierwszymi na targowisku.

Pierwsi słubiczanie wracają z porannej mszy. Inni siedzą przed kamienicą Europy i piją piwo. Jakiś Ukrainiec chodzi dziwnym krokiem wokół ronda przy postmodernistycznym budynku Collegium Polonicum i stawia na ziemi czarną torbę. Odchodzi. Nic nadzwyczajnego, normalna niedziela przy granicy gdyby na ulicy nie stała masa sprzętu filmowego i ekipa. Kamera 35 milimetrów, sprzęt dźwiękowy, biegają asystenci kamerzyści, tylko reżyser siedzi spokojnie na krzesełku.

Studenci z poczdamskiej uczelni filmowej kręcą film o granicy. Trzy historie rozgrywają się równolegle, aby pod koniec minąć się na moście. Dźwiękowiec sprawdza mikrofony, producent prowadzi poważne negocjacje w sprawie mikrobusu, który ma jechać przez scenę. Operator znalazł dziurę w chmurach i krzyczy: jeszcze dwie minuty. Wszystko jest gotowe: dźwięk, kamera, autobus, pijaków wygoniono, ulice zamknięto.

Wszystko pasuje. Tylko brakuje aktorów. Właśnie przyjechali z Warszawy oraz Berlina. Mają zagrać parę, która się żegna po randce w hotelu przed mostem. Dzwonią komórki. Gdzie aktorzy?

Ukrainiec znowu przechodzi przez scenę, bierze torbę i stawia ją nad brzegiem Odry, po czym znowu się oddala.

Pojawili się aktorzy, w chmurach znowu dziura. Wszystko pasuje. Reżyser prosi o spokój. Granica 16 / 1 pierwsza. Dźwięk OK... Kamera OK... Para wychodzi z hotelu, bus skręca z Ronda.

Stop, stop, stop. Gołębie! Przecież one muszą zniknąć z dachu. Wszyscy się śmieją, po czym poważnie próbują je przepędzić. Ale żadne gwizdanie, klaskanie, krzyczenie oraz rzucanie kamieniami nie pomaga.

Klucz od strychu gdzieś zaginął. Asystentka nagle łapie się za głowę i szybko biegnie w stronę Frankfurtu. Tymczasem coraz więcej Niemców zdecydowanym krokiem przekracza most. Wszyscy idą na bazar, co można poznać po dresach, kupionych ostatnim razem lub po wyposażeniu ekspedycyjnym: plecak, solidna torba, a przede wszystkim porządna i bezpieczna kieszeń na ciężko zarobione pieniądze.

Już wróciła asystentka z papierowymi torbami z McDonald’sa. Nie ma już słońca. Pierwsze krople deszczu. Wszystko jedno trzeba to nakręcić teraz. Uwaga. Proszę o spokój. Granica 16 / 1 druga. Dźwięk chodzi, kamera chodzi. Proszę! Cztery torby pękają. Gołębie odfruwają, mikrobus skręca, para wychodzi z hotelu, przechodzi ulicą i żegna się. Za moment pada deszcz wielkimi kroplami. Zapach lata unosi się wokół. Pierwsi Niemcy wracają z bazaru z torbami i plecakami napełnionymi warzywami, owocami, pieczywem, papierosami, a nawet skrzynkami pocztowymi. Taksówkarze nadal czekają na klientów. Ukrainec zniknął na dobre, ale torba nadal stoi nad brzegiem. Filmowcy pakują się szybko i ruszają do następnego miejsca. Za mostem wyrosła kolejka. Ale już pierwsi turyści transgraniczni siedzą w domach przy śniadaniu z polskimi jajkami, bułkami i masłem i marudzą o padającym deszczu oraz kursie marki.

Tekst ukazał się 3.9.2001 w Gazecie Wyborczej.