© Ragnar Knittel: gwałtowna idylla

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

Wiwat reklamówka

(xan) Lata 50. minęły i został niesmak po stalinizmie. Lata 60. minęły i zostało poczucie próby rewolty, lata 70. minęły - zostały pewne zaległości państwowe, lata 80 minęły i zostały rozpamiętywania po okrągłym stole i... reklamówki w rękach wyzwolonego narodu. I nadal je mocno dzierżącego. W wielkim mieście, w tramwaju, na rynku, na wsi - reklamówka jest wszechobecna - czy z nadrukiem banku, supermarketu, papierosów lub oryginalnym wizerunkiem Michaela Jacksona. Reklamówka należy do wyposażenia, do obowiązkowych detali, jakie powinien posiadać przeciętny obywatel Trzeciej Rzeczypospolitej. Jak bez tego robić zakupy? Jak bez tego chodzić do pracy? Jak chować bez tego swe buty z WF-u? Jak się wybrać w podróż? Jak poradzić sobie ze śmieciami? Bez tego drobnego, lekkiego, taniego, kolorowego szczegółu polskiej popkultury. Reklamówka musi być. Już nie trzeba jej prać pięć razy i wieszać za oknem, aby wyschła, już nie trzeba walczyć o najpiękniejszą reklamówkę w całej wsi. Nastąpiły jednak pewne zmiany w polskim krajobrazie obyczajowym - torebki a la PSS Społem zniknęły, rynek opanowały koleżanki z zachodnich supermarketów. Coraz częściej używa się plastykowych skrzynek na zakupy, również uczniowie rzadziej noszą w reklamówkach polską literaturę czy matematyczne mądrości. Na pograniczu niemieckim obserwuje się, że niektórzy świadomi ekologicznie obywatele na zakupy zabierają wielokrotnego użytku torby z bawełny. Jak dotąd jednak kolorowe plastiki trzymają się mocno. I tak ciągle na moście we Frankfurcie mijają się Niemcy wracający z Polski głównie z czarnymi reklamówkami bez reklamy (tutaj zwanymi chamówkami) a Polacy wracają z Niemiec, taszcząc nieśmiertelne reklamówki ALDI.

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej.