© Ragnar Knittel: wieczor

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

I jakoś się kręci

(xan) Kiedyś pewien mój frankfurcki sąsiad chwalił się przede mną cudzym rowerem, świetnym góralem, w pełni zamortyzowanym, wyposażonym w drogie części. Rower ukradł jego kolega podczas pracy, wsadzając o piątej nad ranem gazetę "Märkische Oderzeitung" do skrzynek śpiących jeszcze obywateli. - Jak to ukradł? W głowie ci się przewróciło, co za świństwo - - naskoczyłem na niego od razu. - No, kolega przeprowadza się do Monachium, a tam potrzebny mu będzie rower - odpowiedział mój sąsiad naiwnym tonem. No dobra, powiedziałem sobie, odprowadzę ten nieszczęsny rower do biura rzeczy znalezionych. Sam jestem rowerzystą i nienawidzę, kiedy zabraknie mi pojazdu, a zdarzyło się to już wiele razy: w Berlinie, w pociągu, przed klubem - różnie, ale zazwyczaj z własnej winy - bo albo nie zapiąłem obu kół, albo rower zostawiłem na noc na dworze.

Pół roku później dostaję list z Urzędu Miasta podpisany przez panią Liebe: nikt się nie zgłosił po rower, a więc od tej chwili jego pełnoprawnym właścicielem jestem ja! Urząd miał wysłać rachunek za przechowanie w wysokości dziesięciu marek, ale nigdy go nie dostałem. I tak za odrobinę obywatelskiej uczciwości (przyznaję: sam też kiedyś "ukradłem" w moim berlińskim domu ramę kolarzówki, która nie była już nikomu potrzebna - jeżdżę teraz na niej po Słubicach) dostałem rower o wartości 2,5 tys. marek.

Kiedyś, gdy byłem w McDonald'sie na kawie, podeszła do mnie wysoka, młoda kobieta i zapytała się o mój rower. Była to właściwa właścicielka. Ja jej tłumaczę, że znalazłem rower i oddałem do biura rzeczy znalezionych. O moich nieszczęsnych sąsiadach przemilczałem. A ona na to: To nic, dostaliśmy całą sumę od zakładu ubezpieczeniowego, tylko przydałaby się nam oś od przyczepki dla dzieci. Dawno ją odczepiłem i trzymałem w piwnicy. Za parę dni podjechałem do pierwotnej właścicielki roweru i oddałem ośkę. Pogadaliśmy sobie o życiu we Frankfurcie, o jej pracy w rozgłośni radiowej i pożegnaliśmy w pokoju. Przez pewien czas tylko przeżywałem to, że nie wyznałem prawdy do końca. Ale przecież w końcu mi przeszło. Tyle tylko, że to nie koniec przygód "mojego" górala. Dalszą ich część - słubicką - przeczytacie już wkrótce

Tekst ukazał się 3.6.2002 w Gazecie Wyborczej.