© Ragnar Knittel: wieczor

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

Perypetii góralskich cd.

Jeździłem po Słubicach świetnym góralem. Nie bardzo go lubiłem, bo słabo nadawał się na jazdę po ulicach. Trzymałem go na klatce. Ani się zdziwiłem, ani obraziłem, kiedy pewnego dnia zniknął. Przecież rama dawno pękła, a prócz tego, przyznam się, trzymałem rower pod drzwiami bez zapięcia. Może też dlatego, że wpadł mi w ręce w sposób tajemniczy i nie do końca moralny. Jeździłem więc po Słubicach i Frankfurcie starą kolarzówką. Ta nie rzucała się tak w oczy, choć poskładałem ją z dobrych części. Pewnej soboty patrzę przez okno, a przy sklepie, w którym kupuję bułki, stoi on - mój góral. Wybiegam z domu, prosto do sklepu i trzymam w rękach dokładnie mój rower, tylko siodełko na nim inne. - Ale nie, to nie może być, przecież mój syn kupił go sobie na osiemnastkę, którą wczoraj obchodził - mówi właścicielka sklepu. Zawołała syna, który udając, że nic nie rozumie, wziął rower i zwiał na nim. - Proszę Pani, jest mi naprawdę obojętne, kto ukradł ten rower, ale chcę go mieć z powrotem - tłumaczę mamie, która zaklina się, że jej syn nie mógł zrobić czegoś takiego. W tym momencie chłopczyk przyjeżdża innym góralem udając, że nic się nie stało. Wyjaśniam mu, że chcę mieć mój rower. W tym momencie chłopczyk znowu odjeżdża, doganiam go pod moim domem i spycham z roweru. Spokojnie wyjaśniam, że będę czekał tu, aż mój góral się pojawi. I zaczyna się długa rozmowa, w którą mieszają się jego koledzy z ulicy. Ci, co jeszcze niedawno śmiali się z mojej fryzury. Grożą mi, tłumaczą, że siedzę nie na swoim rowerze, a chłopak nadal udaje, że nie rozumie. Wtedy przyłączają się moi znajomi-nieznajomi. Tłumaczą chłopakowi, że ma przynieść rower, a oni tu poczekają z tym drugim góralem. Za 20 min chłopczyk przychodzi z kolegą, który zanim powie: - Zejdź z mojego roweru - prezentuje mi swoją wyćwiczoną klatkę piersiową. Udaje, że jest bardzo obrażony, grozi mi, ale wreszcie dochodzi do niego, że moi znajomi-nieznajomi trzymają moją stronę. Nagle kolega chłopczyka, syna właścicielki sklepu, zmienia strategię i mówi: - Słuchaj, kupiłem ten rower u kogoś za 200 euro, no, po prostu wpadłem. Oddam ci go za 400 zł, i tak tracę na tym stówkę. - Przepraszam, ale czegoś tu nie rozumiem. Dlaczego miałbym kupować od kogoś moją własność? - pytam grzecznie. Rozmowa trwa jeszcze z pół godziny. Aż wreszcie poszedł. Wrócił z rowerem i oddał mi go mówiąc: - Przyznaj, że mam dobre serce.

Tekst ukazał się 10.6.2002 w Gazecie Wyborczej.