© Ragnar Knittel: kobieta na tle miasta

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

It works

(xan) Po jaką cholerę przypominać sobie czasy komunizmu? Po to, aby zrozumieć, dlaczego właśnie jest tak dziwnie w miejscu, gdzie przyszło nam żyć. Aby zrozumieć, dlaczego ludzie są tacy dziwni. I by wyciągnąć z tej beznadziejnej sytuacji energię, której przy pomocy współczesności nie da się odkryć. Tak myślał niemiecki reżyser Hans-Joachim Frank, tworząc spektakl "It works!", który wczoraj po raz ostatni odbył się pod Frankfurtem na parkingu obok pustej hali targowej. Tam, gdzie byli obywatele NRD mogli robić pierwsze zakupy za zachodnie marki.

Reżyser, który jeszcze przed 1989 r. rzucił pracę aktorską w słynnym Berliner Ensemble, aby utworzyć "teater 89", wierzy w siłę teatru. I zapewnia, że również w mieście takim jak Frankfurt, powszechnie uważanym za beznadziejne, można pracować z ludźmi, wskazać im nową perspektywę, stworzyć nowy pozytywny mit. Współpracując z frankfurckim chórem emerytów VolkssolidaritŠt, ze słubickim chórem Adoramus oraz zespołem "aussiedlerów" z byłego Związku Radzieckiego udało się mu przywrócić mit wspólnej przeszłości. W spektaklu zakochują się w sobie zachodnioniemiecki biznesmen i wschodnioniemiecka komunistka. Wspólnie próbują odbudować swój prywatny komunizm. Choć dramaturgicznie spektakl do końca nie przekonuje, zabawia widzów, daje im do myślenia.

Wielu uważa, że opowieść jest zbyt powierzchowna, inni są pod wrażeniem latających samolotów, hałasujących traktorów, trabantów i śpiewających pionierów. To spektakl dla postenerdowskich Niemców - ani Niemiec z Zachodu nie zrozumiał go do końca, ani Polak szczególnie się nie ubawił. Bo byłym obywatelom NRD coś odebrano. Z całą siłą zjednoczenia zniknęły struktury, pozycje, elity, domki letniskowe i praca. Nowy system zachodni choć pokrywa koszty socjalnego bezpieczeństwa i proponuje młodym wiele możliwości, dla ludzi na dnie i ludzi bez perspektyw jest okrutny i bolesny, bo obcy.

W Polsce sytuacja jest inna. Wolność samodzielnie wywalczona jest ciężka do zniesienia, a stare kadry zostały, elity nie były wymieniane jak w byłej NRD. Przez to Polska dziś jest bardziej postkomunistyczna niż niezbyt lubiany za dobre oceny sąsiad: ten szary "Musterschüler". Może dlatego spektakl nie dał polskim widzom tyle satysfakcji, co wschodnim Niemcom.

Tekst ukazał się 16.8.2002 w Gazecie Wyborczej.