© Ragnar Knittel: ulica Kopernika

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

Lingua Franca

(xan) Słubickie Collegium Polonicum na firmowej koszulce jest przedstawiane jako podrośnięte niemowlę, którego matką jest frankfurcka Viadrina, a ojcem poznański UAM. To właściwa wizja obecnego stanu rzeczy. Potomek obu uczelni nie znalazł jeszcze swojego własnego języka. Może już coś by po swojemu powiedział, ale do buzi wsadzono mu ogromny smoczek. Jak na razie jest skazany na wysłuchiwanie kłótni rodziców i na odkrywanie wszechświata szeroko otwartymi oczyma. Musi to robić sam, skoro starsi troszczą się o swoje sprawy.

Tak odbierałem Collegium Polonicum do momentu, kiedy sam  stałem się w nim doktorantem. Nagle ironia przestała bawić. Z kolegami z Europa Fellows dostaliśmy biurka na ciemnym piętrze biblioteki. Od tego czasu siedzę teoretycznie tuż przy moście, ale czuję się jak pod mostem, bo widzę tylko spód biblioteki i kawałek nieba nad Frankfurtem i Słubicami. Nie narzekam, widok jest wspaniały.

Ze mną doktoraty piszą ludzie z Poznania, Słubic, Frankfurtu i Berlina, z Czech i Ukrainy. I nie liczą się dla nich wady współpracy polsko-niemieckiej, lecz warunki pracy i rozmowy w ciemnym korytarzu. Oto kształci się pokolenie akademickie, od którego właśnie będzie zależała przyszłość tego dużego dziecka ze smoczkiem. Ciekawe, że wspólnym językiem Europa-Fellowsów jest angielski. Nie wszyscy znają go doskonale, ale daje on uczestnikom pewien punkt wyjścia, w którym są równi wobec siebie. Nie ma osoby, która by nie zrozumiała drugiej, dla której w pewnym momencie trzeba uciążliwie tłumaczyć. Poza tym każdy rozmawia też po niemiecku i po polsku, kiedy mu pasuje i kiedy wszyscy obecni zrozumieją go. Przychodzi się z rana, życząc good morning, dzień dobry i Guten Tag.

Tekst ukazał się 12.3.2004 w Gazecie Wyborczej.