© Ragnar Knittel: gwaltowna idylla

slubice.de & frankfurt.pl - prosto z mostu:

Jak lubuscy biznesmeni podróżują po świecie:
Wesoły autobus, czyli jedziemydo was z przyjacielską misją


(xan) Z tego wyjazdu do Grodna naprawdę dałby się ulepić fajny reportaż o przyjaźni polsko-niemieckiej, a nawet w trójkącie z Białorusią. Gdyby nie powrót...

Wspólna podróż z przedsiębiorcami z Lubuskiego i Brandenburgii na Białoruś jako korespondent niemieckiej gazety - to kusząca propozycja. Grodno w połowie października - to piękne miasto nad Niemnem, które - abstrahując od reżimu Łukaszenki - już wcześniej mnie zaintrygowało swoją urodą. A konferencja o współpracy ponadgranicznej to konkretna okazja, aby przekonać się, na ile doświadczenia zebrane nad Odrą mogą być pożyteczne na nowo powstającej granicy Unii Europejskiej. Cieszyłem się więc na te cztery dni spędzone bliżej rzeczywistości niż w Collegium Polonicum, gdzie się głównie czyta, pisze i gada.

Wyjazd

Tuż po odjeździe autokaru, jeszcze za nadodrzańskimi łąkami, widać było Frankfurt, ta rzeczywistość rozlała się w postaci wódki gorzkiej, która - jak się okazuje - wcale nie jest gorzka, a wręcz przeciwnie - słodka. Nie skończyło się na gorzkiej, lała się też czysta, i to strumieniami. Nie powiem, uczestniczyłem chętnie - zawsze chciałem być członkiem polskiego społeczeństwa - a przecież jeżeli lubuski biznesmen w podróży wypije, to na pewno ma w tym swoją rację. Tylko że od początku obserwowałem, że nie wszyscy w autobusie są chętni do wielkiego chlania o jedenastej przed południem. Wśród nich grupa niemieckich samorządowców, która się wstrzymała, nawet gdy wesoły pan w ciemnych okularach podszedł i proponował im piwo lub koniaczek. Przed nami było jeszcze 700 km - cała Polska, a oni grzecznie śledzili trasę na mapie, rozmawiali o krajobrazie, o uprawie roli, o architekturze domków. Byli też polscy samorządowcy i biznesmeni, którzy nie pili, ale gdy grupa pijanych, głośnych mężczyzn wzięła wszystkich pozostałych w autobusie jako zakładników braku przyzwoitości, nikt nie powiedział ani słowa. Padły w obecności kobiet poniżające je anegdoty. Ktoś tam zapalił. A świeżo wybrany prezes Tymczasowego Rządu Autokarowego wygłosił referat o polskich reformach ekonomicznych, że i owszem, wszystko nie jest tak, jak powinno być w tej Polsce. Wybrany naprędce minister dobrobytu dbał o wyżywienie, o dostarczanie zapasów płynnych. Po pewnym czasie robiło się wokół nich cicho - odpoczywali. Niemcy udawali, że im klimat pijanych partnerów zza Odry nie przeszkadza, próbowali spać, czytali gazety, aż się ciemno zrobiło i włączono amerykański film z przekładem na polski - na głośno. Poprzez polskiego lektora Niemcy nic już z filmu nie zrozumieli. Ciężko, ale cóż, przecież nie będą narzekać, są gośćmi w tym autobusie. Właśnie gdy dzielny negocjator skończył swoją misję, ratując całą policję w Chicago od zła ostatecznego, autokar przyjechał do Kuźnicy Białostockiej.

Granica

Światła neonowe. Blaszane dachy. Po polskiej kontroli z poważną miną białoruski celnik zbierał wszystkie paszporty. Kiedy weselsza część podróżujących zaśpiewała: "pust' wsiegda budiet niebo, pust' wsiegda budiet mama", tłumaczka wstała i tłumaczyła: proszę panów, to nie jest śmieszne, jesteśmy na Białorusi, tutaj się nie żartuje z władzą.

Czekanie. Co godzinę odprawiono dziesięć, dwadzieścia samochodów, w kolejce stoją handlarze o najróżniejszych paszportach. Wizy z Chin, Turcji, Rosji, Mołdawii, Ukrainy, Polski i państw szengeńskich świadczą o ich ścieżkach. Okazało się, że celnicy nie chcą odprawić naszego sprzętu do tłumaczeń, mimo uzgodnień z konsulami i oficjalnych pism. Po drugiej stronie już czeka milicja, aby przywitać się z gośćmi, ale przecież bez sprzętu konferencja się nie odbędzie. Aż nagle telefon z naczalstwa - możemy jechać.

Z milicyjną obstawą jedziemy przez lasy. Ulice w Grodnie są jeszcze puste. Na horyzoncie dymiące kominy kombinatów. Mijamy miasto i jedziemy przez wioski w głęboki las.

Przełamywanie barier

Z rana okazało się, że trafiliśmy do nadzwyczajnej wioski potiomkinowskiej pod nazwą: "Azjora - dom wypoczynkowy Banku Narodowego Białorusi". Tu niczego nie brakuje, ani szynki na śniadanie i łososia, ani granitu na podłogę. A na dworze wciąż buduje się wizja nowoczesnej Białorusi. Podczas wycieczki po działającym jeszcze pegeerze mogliśmy się przekonać: wszystko gra. Fajnie jest, jak za komuny 20 lat temu - śmieją się nasi biznesmeni lubuscy, lekko zmęczeni po wczorajszym.

Po zakładach produkcyjnych, które pokazano w ciągu najbliższych dni, widać są to jeszcze żywe komórki w organizmie gnijącym - obok ogromne zakłady przemysłowe, wciąż państwowe, które się sypią na każdym kroku. I wydzielona Specjalna Strefa Ekonomiczna, aby przyciągać kapitał zagraniczny - można już za 7 mln dolarów wkupić się w zakład taki lub za 6 mln w inny. Gwarantowane zero podatków, docelowo pomoc ze strony państwa i inne cuda. Tylko na konkretne pytania odpowiedzi są różne. Jeden przedsiębiorca z Ośna jest pewien: "Czuję, że jest za wcześnie, aby wejść". Dla małych i średnich firm nie ma sensu tutaj inwestować. Przedstawiciel gorzowskiego Volkswagen Elektrosystemy Sp. z o.o. pyta, dlaczego na granicy odprawa tak długo trwa. Obecnie w Grodnie już 50 osób produkuje dla córki niemieckiej spółki. No tak, ale na zachodniej granicy Polski czas odprawy liczy się w dniach, na wschodniej w tygodniach. W tej sytuacji nie może być mowy o realizacji przewidywanej inwestycji na Białorusi. Jego rozmowa z przedstawicielami komitetu wykonawczego obwodu grodzieńskiego na targach kooperacyjnych to jedna z niewielu konkretnych wyników konferencji, podczas której mowa była o wspólnych projektach i pogłębianiu kontaktów. A jak powiedział Hans Losowski, jeden z niemieckich przedsiębiorców, i na polsko-niemieckim pograniczu kontakty osobiste były najważniejsze, aby rzeczywiście przełamać bariery.

A więc śledźmy dalej los naszych bohaterów z obu brzegów Odry. Po ciężkim dniu konferencji zasiedli w barze, nawet Niemcy się wyluzowali jak należy - przy jednym stole, jak się rozumie, a Polacy przy innym. Biało- rusinów rzadkowidziano. Impreza trwała codziennie do jedenastej. O tej godzinie przychodzi osobiście naczalnik obozu, aby zamknąć lokal. Na pewno nie złośliwie, raczej chce do domu, do rodzinnego Grodna. Przyjemniejszą część wieczoru spędzano w różnych pokojach. Widziano też Niemców, którzy bardziej z przypadku niż przekonania trafili do swoich polskich partnerów. Posiedzieli, wypili za drużbę narodów i szli spać. Na końcu wszyscy byli zadowoleni. Nazajutrz po ciężkim dniu szykowano program kulturalny typu "Wojewódzki Dom Kultury nie ma pieniędzy, ale wiele pomysłów i bardzo zdolne grupy dziecięce, młodzieżowe i dorosłych". Po enerdowsku mówiło się na to "kolorowe pranie". Były tańce, śpiewy, ballady, pokazy mody i jeszcze raz tańce. Program tak wzruszył obecnych gości, że po nim trzeba było znowu pójść do baru, który tradycyjnie zamknięto o jedenastej. A następnego dnia podpisywanie umowy o współpracy samorządowej, wieczorem bankiet oficjalny - okazja do podziękowań, miłych uwag i jeszcze raz podziękowań. Naprawdę wspomnienia byłyby jak najlepsze: słów polityków, którzy zawsze uważają, że "ten gest pojednania był nie tylko pozytywnym, ale i pożytecznym", tłumaczeń na trzy języki, rozmów z jak zawsze poważnymi i tylko rzadko (ale ku końcowi coraz częściej) marudzącymi Niemcami, wieczorów spędzonych z lubuskimi biznesmenami przy białoruskim bimbrze. Z tego naprawdę dałby się ulepić fajny, miły reportaż o przyjaźni polsko-niemieckiej, a nawet w trójkącie z Białorusią.

Powrót

Naprawdę byłoby zabawnie, jeżeli nie czekałaby nas jeszcze podróż z powrotem: znowu 800 km przez całą Polskę i znowu ta sama procedura. Najpierw wszyscy musieli wyjść do sklepu przy kołchozie, aby się pozbyć ostatnich rubli. Minister dobrobytu dbał o zaopatrzenie, a w autobusie zapowiedziano "ostatnią wieczerzę" przed samą granicą. Nastrój był świetny. Nawet niemieccy współpodróżni wypili, zakąszając białoruską sałą i ciemnym chlebem. Po czym już znacznie mniejsza grupa lubuskich biznesmenów kontynuowała przez całą drogę głośną walkę z płynnymi białoruskimi suwenirami.

Widzę, jak szef wydziału promocji powiatu z niemieckiej strony rozmawia ze swoją koleżanką z polskiego urzędu o przyszłości, o planach, o życiu codziennym. Po angielsku, ale przecież niemiecki urzędnik uczy się już polskiego. Ich kontakt to może i najcenniejszy wynik tej dalekiej podróży, cichy i bez pisemnych umów. I naprawdę nie napisałbym tego reportażu, gdyby grupa pijanych mężczyzn nie wzięła znów całego autobusu jako zakładników. Wieczorem znowu włączono głośny, głupawy amerykański film z jeszcze głośniejszym polskim lektorem. Leciał ten film kolejną godzinę, aż nagle ktoś włożył kasetę pornograficzną. Na ekranie pojawiły się pseudo-lesbijki spełniające marzenia starszych panów. Głośny śmiech ze strony przedsiębiorców lubuskich. Myślałem, że to tylko jeden z tych żartów poniżej pasa, którymi raczyli nas przez całą podróż. Ale osłupiałem, kiedy na ekranie dalej leciało porno.

W autobusie przedstawiciele lubuskich organizacji samorządowych, pracodawców, burmistrzowie, tłumacze, dziennikarze. Nikt nie wstał, nikt słowa nie powiedział przez minutę, dwie, trzy. Aż pani z delegacji zza Odry podeszła do mnie, abym przekazał jej prośbę o wyłączenie wideo. Jak w transie podszedłem do przodu. - Czy panowie są w stanie sobie wyobrazić, że to może komuś w autobusie przeszkadzać? - zapytałem. - A są tacy ludzie? Tak. Po wyłączeniu wideo wziąłem mikrofon, przez który do tej pory tamci panowie dzielili się swoimi uwagami z całym autobusem.

Wstyd mi, że pani z Niemiec musiała prosić o wyłączenie filmu. Przykro mi w imieniu tych Niemców, którzy musieli poznać swoich polskich kolegów z takiej strony, aż tak bardzo stereotypowej. Ja nie chcę w to wierzyć - stwierdziłem. I dodałem, że na szczęście znam też inne środowiska niż te, które poznałem podczas tej podróży. Podskoczył do mnie pan, z którym wycieczka fajnie się zaczęła gorzką wódką. - Jak mogę obrażać organizatorów, którzy się tak starali, a poza tym to się darowanemu koniowi w gębę nie patrzy - tłumaczył, dając mi do zrozumienia, że wszystko w tej sytuacji, tylko nie otwarte słowo byłoby na miejscu.

Uspokoiłem się, ale nadal nie mogłem uwierzyć, że nikt z obecnych nie miał odwagi powiedzieć, że grupka ludzi po prostu źle wychowanych jest w stanie sterroryzować cały autobus na wiele godzin.

Może przesadziłem? Może powinienem poszukać słów przeprosin wobec tych, do których moja skarga nie była skierowana w pierwszym rzędzie. Może powinienem jaśniej wytłumaczyć im, że w końcu to nie jest sprawa narodowościowa, lecz dotyczy zwykłej przyzwoitości.

Tekst ukazał się 23.12.2003 w Gazecie Wyborczej.